Manipulacja przez odstraszanie
Wpisany przez Administrator   
wtorek, 17 czerwca 2008 21:14

Zdaniem Mirosława Karwata, autora książki „O złośliwej dyskredytacji” (Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007) jedną z bardziej sugestywnych i zarazem skutecznych form predyskredytacji jest wytwarzanie atmosfery zamieszania i zaniepokojenia, a jeszcze lepiej lęku w związku z jakimś wydarzeniem i czyimś działaniem, które niebawem ma nastąpić, a które z takich czy innych powodów jest dla nas niewygodne.

Wywołuje się nastrój rozkojarzenia i przestrachu, a nawet paniki, poprzez skupienie uwagi odbiorców na okolicznościach ubocznych cudzego działania zamiast na jego intencjach, wymowie, treści. I ten nastrój skutecznie przeszkadza w nawiązaniu nici porozumienia między inicjatorem niewygodnego dla nas działania a „publicznością”, która powinna pozostać „nasza”. Taka atmosfera niepokoju i „zabezpieczania się” pozwala wytworzyć wrażenie zupełnego braku zainteresowania i powszechnego dystansu. To zaś w sensie propagandowym jest ekwiwalentem odrzucenia czyichś wysiłków komunikacyjnych, a więc efektem porównywalnym ze skutkiem udanej frontalnej dyskredytacji.

Oto przykład takiej predyskredytacji lękowej — zaczerpnięty z niezwykle pomysłowej publikacji okolicznościowej w stołecznym dodatku do Gazety Wyborczej, (Gazeta Stołeczna, 23 września 1999). Rzecz dotyczyła przewidzianej w następnym dniu masowej manifestacji organizowanej przez centralę związkową OPZZ w proteście przeciw polityce rządu Buzka-Balcerowicza (opartego na koalicji AWS-UW), której organizatorzy zamierzali ściągnąć autobusami do stolicy delegacje z całego kraju. Z grubsza wiadomo kto gazecie był bliższy: postkomuniści z OPZZ czy rząd postsolidarnościowy, z jego filarem i postacią sztandarową — Leszkiem Balcerowiczem. Ale, rzecz jasna, nie o tym była mowa w informacji i komentarzu dla czytelników, lecz o „matczynej” trosce z powodu kłopotów i niebezpieczeństw, jakie na nich sprowadzi ta jutrzejsza demonstracja.

Jest to autentycznie dowcipna, choć utrzymana na pograniczu czarnej komedii, thrillera i horroru „odgonka” — czyli odwrotność nagonki. W odgonce chodzi o odpędzenie „postronnych”, o to, aby nie powstało zainteresowanie i chęć wyrobienia sobie własnego poglądu na temat czegoś, co ma się dziać obok nas.

Już na pierwszej stronie lokalnego dodatku atakuje czytelnika tytuł wydrukowany ogromnymi literami w mocnej czerni: „NADCHODZĄ”, zamieszczony nad powiększonym planem objazdów w centrum miasta. Ten lapidarny nagłówek-meldunek „NADCHODZĄ” — (w domyśle wiadomo kto — Oni, nie My) — ma w sobie coś z suspensu porównywalnie z emocjami typu „wejdą czy nie wejdą?” albo z napięciem w filmie sensacyjnym „kiedy on strzeli”. Podobnie można by jeszcze zapowiedzieć wizytę szarańczy, alarm o zagrożeniu bronią biologiczną czy najazd Hunów.


Na stronie czwartej ustawia czytelnika inny równie sugestywny tytuł: „Paraliż na bank!”. Słowem, to, co jutro nastąpi, to gwarantowany bałagan, chaos, a nawet stan klęski, kataklizm — jak w przypadku powodzi, trzęsienia ziemi, huraganu i krachu na giełdzie. Tyle wrażeń wystarczy, by podsumować to, co nastąpi, zanim jeszcze się zacznie. Z takiego zasiewu wyrasta atmosfera zbiorowego popłochu, a w każdym razie ogólnego rozkojarzenia i powszechnego skupienia na indywidualnej zapobiegliwości (każdy niech sobie radzi jak może w tym stanie nadzwyczajnego zagrożenia). Taka atmosfera raczej wyklucza zainteresowanie co to za demonstracja, czym została ona spowodowana i o co w niej chodzi. Efektem takiej informacji z pewnością nie będzie wgłębianie się czytelników w meritum sporu między związkowcami (i w tle — częścią opozycji politycznej) a rządem i partiami rządzącymi.

Czy powtórzy się cud i tak jak podczas czerwcowej wizyty Papieża Warszawa będzie przejezdna jak nigdy? Nie wierzy w to żaden z przedstawicieli służb miejskich. Wszyscy radzą, by jutro przygotować się na wielogodzinny paraliż miasta.

Mistrzowski popis bigoterii. Miażdżące, i obłudne, porównanie. Kanonada z kilku dział.

(1) Najpierw mamy aluzyjne, ale wymowne zestawienie: czerwcowe „nawiedzenie stolicy” to wydarzenie ważne, atrakcyjne, ciekawe i pozytywnie poruszające dla wszystkich, natomiast ta demonstracja to fakt ważny i pożądany dla niektórych (głównie dla samych uczestników), a dokonujący się niejako gwałtem kosztem wszystkich.

(2) Na płaszczyźnie skojarzeń emocjonalnych, wrażeń i przeżyć sprawa też ma być oczywista: czerwcowe odwiedziny i masowe zgromadzenie to powszechne i radosne święto, podczas gdy ta wrześniowa impreza to powszechny kłopot, utrudnienie życia, coś ponurego — jak kondukt żałobny albo przemarsz obcych wojsk; a przy tym pachnie paraliżem miasta i „zadymą”.

(3) Oczywiście, to pierwsze wielkie wydarzenie jest bez konkurencji — tam musiał być porządek. Pielgrzymkowe zakłócenie porządku to zastąpienie jednego porządku przez inny, w dodatku wzorowy porządek. Wrześniowe wtargnięcie nieproszonych zresztą gości to po prostu nieporządek.
Przemilcza się tylko, i na tym polega obłuda, kilka okoliczności. Po pierwsze to, że przy wizycie papieskiej z oczywistych powodów władze miasta (i nie tylko miasta!) mobilizują się do szczytów sprawności i gospodarności w obsłudze wielkiego zgromadzenia i „wędrówki ludów”, podczas gdy demonstrację traktują jako zło konieczne i chcą to jakoś przeżyć możliwie najmniejszym kosztem (także kosztem niedogodności dla mieszkańców miasta). Po drugie to, że wielkie święto papieskie także powoduje zamarcie i zakłócenie powszedniego życia w mieście — tyle tylko, że schodzi to na plan dalszy w obliczu nastrojów podniosłości, czegoś wyjątkowego i otoczonego aprobatą. A więc to, że istota sprawy nie polega na owych niewątpliwych uciążliwościach, ale na tym, jaki jest stosunek mieszkańców i gości miasta do tego wydarzenia, które wytrąca życie miasta z powszedniego rytmu i porządku. Narzucając czytelnikom niechęć do konkretnego zgromadzenia i pochodu — pod pretekstem nieporządku, uciążliwości, które można potraktować z wyrozumiałością, obojętnością lub niechęcią — sugeruje im się zarazem, że zależność jest odwrotna: że to zniecierpliwienie nieporządkiem budzi niechęć. Po trzecie wreszcie, milczeniem pomija się to, iż niektórzy politycy mogą być zainteresowani w tym, aby właśnie był nieporządek — gdyż to dla nich znakomity pretekst, aby niezadowolenie jednych z ich polityki równoważyć niezadowoleniem innych z powodu korków w mieście, objazdów, opóźnień, odwołań itp.


Kilka lat później podobne emocje, lecz już nie tak konwencjonalnie, ale jak najbardziej dosłownie, podgrzewała część mediów podczas przygotowań do warszawskiego szczytu „globalistów”. Medialne relacje z incydentów towarzyszących poprzednim szczytom w innych miejscach świata, sprawozdania z przygotowań sił porządkowych, formacji antyterrorystycznych i czego tam jeszcze skutecznie wytworzyły w stolicy już nie tylko atmosferę, ale i fizyczny stan oblężenia: wystawy sklepów i okna biur obite dyktą, wyludnione ulice, zredukowana komunikacja miejska, zamknięte uczelnie, szkoły, banki. Rzecz jasna, w tej atmosferze najmniej się mówiło o powodach do protestów i argumentach alterglobalistów, ekologów, anarchistów, pacyfistów. Ład, porządek, bezpieczeństwo i strach — zamiast dyskusji.

Mniejsza o to, że demonstracja wyraża niezadowolenie trwałe i narastające (inną sprawą jest spór o jego zasadność i właściwy adres), podczas gdy narzekanie poszkodowanych przez demonstrację — przejściowe. I mniejsza też o to, że gdyby nie te utrudnienia, część mieszkańców mogłaby okazać zrozumienie, a nawet poparcie dla haseł czy żądań demonstrantów. Otóż ten konflikt interesów przyjezdnych demonstrantów oraz tubylców, turystów i gości w interesach może być podchwycony i przedstawiony jako przeciwstawność postaw, jako dowód, że otoczenie odcina się od tego protestu. Wszelka władza, bez względu na swoje barwy, lubi przedstawiać swych oponentów, zwłaszcza demonstrantów, jako sprawców zamieszania, nosicieli zamętu, bałaganiarzy, a jeszcze lepiej, oczywiście, jako wichrzycieli, którzy wzniecają to, nad czym sami nie są w stanie zapanować.

Przy okazji zwróćmy uwagę na pewien finezyjny „przemyt” w podsuniętym porównaniu. Sam papież występuje jako... gwarant tego, że nazajutrz nie będzie tak godnie, zgodnie, pogodnie ani tak czysto, porządnie. Autorytet papieża został zręcznie przywołany jako „kontra” dla związkowców.

Komentarz do kłopotliwego działania konkurencji politycznej przemycany jest w konwencji życzliwej i opiekuńczej instrukcji dla mieszkańców, stylizowany na ćwiczenia w szkole przetrwania. Zarząd Dróg Miejskich proponuje, by w piątek zrezygnować z samochodów — nikt nie gwarantuje, że zaparkowane wzdłuż trasy manifestacji przetrwają ten dzień w nienaruszonym stanie. Niestety, objazdami pojadą autobusy i tramwaje aż ponad 50 linii, czyli jedna piąta kursujących po Warszawie.


Przytoczenie tej rady, rozsądnej i życzliwej, niewątpliwie jest o tyle szczere, że redakcja naprawdę dobrze życzy swoim czytelnikom — posiadaczom i użytkownikom samochodów. I o tyle jest informacją zobiektywizowaną, że tłum to tłum, wiadomo, różne rzeczy mogą się wydarzyć. Z drugiej strony, ten akcent jest o tyle niebezstronny i niebezinteresowny, że: (1) czytelnikom podsuwa się kojarzenie zorganizowanej manifestacji właśnie z tłumem, co z kolei podpowiadałoby odbiór tego przemarszu podobny jak wandalskich pochodów „kiboli” po meczu, (2) na plan pierwszy wysuwa się skojarzenie demonstracji z zagrożeniem strat lub wręcz zniszczeń, a nie skojarzenie z treścią protestu, z ideą społeczeństwa obywatelskiego (tak propagowaną przy okazji innych pochodów czy wieców) i bynajmniej nie z wzorcem samoorganizacji i samodyscypliny protestujących.

Gdyby ktoś pomyślał, że tak mocna interpretacja tego tytułu i kilku komentarzy to przesadna podejrzliwość (a więc, że to nie gazeta demonizowała demonstrację, lecz autor tych słów demonizuje informację doraźną), wątpliwości rozwieje chyba dokładniejsza lektura tekstu, który redakcja zatytułowała „PORADNIK DLA WARSZAWIAKÓW”.

Otóż ten poradnik informuje, że jutro przez miasto przejdzie kilkudziesięciotysięczny tłum demonstrantów. Organizatorzy manifestacji zapowiadają, że przyjedzie tu ponad 100 tys. osób. Władze Warszawy spodziewają się kilkudziesięciu tysięcy. Liczebność manifestacji — czy to będzie zapowiadanych sto tysięcy osób, czy „tylko” trzydzieści tysięcy — jest powodem do zmartwień.

Kwestia, ilu uczestników efektywnie zgromadzi demonstracja, zawsze istotna jest sama w sobie — na płaszczyźnie sporu moralno-politycznego o to, kto przemawia w imieniu społeczeństwa. Zawsze w przypadku masowych, tłumnych wręcz akcji protestacyjnych odbywa się specyficzna licytacja frekwencją: jedni licytują w górę (zawyżając), inni w dół (zaniżając, kwestionując liczby lub pomniejszając ich znaczenie). Inicjatorzy i organizatorzy zainteresowani są oczywiście w maksymalnej realnej frekwencji i w wywołaniu równie silnego wrażenia masowości, powszechności uczestnictwa oraz zainteresowania i identyfikacji. Z kolei władze będące adresatem protestu zainteresowane są i w tym, aby realna liczba manifestantów była jak najmniejsza, i w tym, aby powstało nie wrażenie ogromu, lecz wrażenie garstki, nie wrażenie sukcesu organizatorów, lecz wrażenie ich porażki, blamażu zapowiedzi na wyrost. Temu sprzyja wyludnienie ulic, nieobecność widzów (nawet tylko biernych i nie ujawniających swych ocen, ale zainteresowanych wydarzeniem). Dzięki temu powstaje wrażenie dystansu do akcji protestu, jeśli nie społecznego bojkotu. Próby zbagatelizowania dużej liczebności demonstrantów (nawet jeśli mniejszej niż ambicje i szumne zapowiedzi organizatorów), jakie zwykle podejmują politycy, rzecznicy rządu, władz miejskich czy sił porządkowych, niekiedy przypominają logikę dobrze znaną ze starej anegdoty żydowskiej: „Izaak, i ty chcesz się z nią żenić? Przecież z nią sypiało pół miasta?!”. Na co pada ze wzruszeniem ramion odpowiedź: „Eee tam, wielkie mi miasto, dwadzieścia tysięcy...”.


A oto konkretne wskazówki z poradnika — jak poradzić sobie tego dnia?
1.    Jeśli pracujesz w centrum, nie jedź samochodem — najpierw utkniesz w korku, potem nie będziesz miał gdzie zaparkować.
2.    Jeśli planujesz przejazd Wisłostradą — pomyśl nad inną trasą; dwa pasy Wisłostrady zamienią się w parking dla autokarów protestujących.
3.    Raczej nie licz na taksówki. One także utkną w korku, chyba że kierowcy pojadą jakimś
tylko sobie wiadomym skrótem.

Wskazówki jak najbardziej rzeczowe, realistyczne, rozsądne i życzliwe; podobnie jak następna, która jednak spokojną tonacją wznieca ogień zdenerwowania.

4.    Jeśli Twoje dziecko chodzi do szkoły w pobliżu trasy przemarszu, raczej pozwól mu zostać w domu. Dyrektorzy podstawówek zlokalizowanych przy tradycyjnych miejscach demonstracji (Nowy Świat, Wiejska) zapewniają, że w tym miejscu będą liberalnie traktować nieobecności. Obiecują też, że dzieci będą mogły zostać w szkole tak długo, jak to będzie konieczne.

Ta porada wsparta wymowną informacją (że kłopotem będzie nie nieobecność dziecka w szkole, ale jego dotarcie do szkoły lub powrót) ma już znamiona wypowiedzi sprawczej. Wyraźna zachęta do absencji; zachęta, której nie trzeba powtarzać: wiadomo, jaką atrakcją są „legalne wagary”. Sugestia jest silna: pozostawienie dzieci w domu zdaje się bezdyskusyjną koniecznością, w każdym razie dla rodziców odpowiedzialnych, skoro są powody do chwalebnej ostrożności, do dmuchania na zimne. W podtekście mamy zagranie na emocjach rodzicielskich, i to przez odwołanie do podświadomości: legalna, kontrolowana demonstracja jawi się jako źródło zagrożenia dla dzieci. Oczywiście, nikt tu nie mówi, że ktoś chce pobić te dzieci, wziąć je na zakładników itp. Powstaje tylko lęk, że bezradne będą się błąkać bez opieki, że się zgubią, że grożą im nieprzewidywalne kontakty z obcymi.

5.    Niestety, w razie wypadku będziesz musiał uzbroić się w cierpliwość. Strażacy mówią wprost: „Liczymy na życzliwość demonstrantów i innych kierowców. Ale nie ma szans, że przyjedziemy tak szybko jak zawsze. Także pogotowie ratunkowe liczy na dobrą wolę demonstrantów”.

A tu już żarty się kończą. Zawsze może się zdarzyć jakieś nieszczęście, a im większa kupa ludzi, tym większe prawdopodobieństwo takiego zdarzenia: zasłabnięcia, wypadku, przypadkowej awantury z przykrymi skutkami, zamieszek. Podpowiada to po prostu statystyka. Ponadto taki przemarsz, nawet najlepiej zorganizowany, to oczywista bariera na trasie ruchu karetek, wozów strażackich, pogotowia gazowego itd. Rzecz jest poniekąd oczywista. Lecz przy tej okazji za kurtuazyjnymi formułami, które jakoby mają świadczyć o wzajemnie dobrej woli, przemycane jest wrażenie, że w tych krytycznych godzinach ludzie w potrzebie pozostaną bez pomocy, właśnie za sprawą owych „najeźdźców”.

6.    Jeśli zaplanowałeś wizytę u lekarza, możesz liczyć na wyrozumiałość — oni wiedzą, że możesz nie zdążyć. Prywatna klinika okulistyczna mieszcząca się w Alejach Ujazdowskich wszystkie operacje, które miały odbyć się w tym dniu, przełożyła na inny termin.

Podobną informacją atmosfera zagrożenia, zawieszenia i przeczekania podgrzewana jest tak sugestywnie, jak gdyby chodziło o jakiś chaos ewakuacji wojennej. Zaś przykład z trasy przemarszu nasuwa generalizację: w całym mieście usługi lecznicze i opieka lekarska jest teraz niepewna, gdyż albo ty nie dojedziesz, albo lekarz nie dojedzie, albo nie dowiozą lekarstw, narzędzi. Słowem, stan klęski zdrowotnej; tego dnia lepiej nie chorować ani nie próbować leczenia.

7.    Jeśli planujesz jakieś spotkanie towarzyskie, już dzisiaj kup alkohol. Władze nie podjęły jeszcze ostatecznej decyzji, ale rozważają wprowadzenie prohibicji.

To dopełnia miary dolegliwości — dla wszystkich. I dla zdrowych, i dla chorych, i dla tych, których „suszy”. W tych warunkach nawet napić się spokojnie nie można. Troskliwe wezwanie do zapobiegliwości ubocznie podsuwa inne skojarzenie: ponieważ władze muszą zadbać o to, aby tamci się nie schlali, a w każdym razie, aby nie kręciły się wokół nich jakieś męty, menele, to ja (porządny, spokojny obywatel, albo apolityczny, nikomu nie wadzący alkoholik) będę miał trudności. Są powody, by ich nie lubić.

8.    Bez obaw możesz wybrać się do sklepu, banku i na pocztę. Wszyscy zapowiadają, że będą normalnie pracować. Pamiętaj jednak, że nie będzie Ci łatwo dojść np. do ulubionej księgarni przy Nowym Świecie lub restauracji w Al. Ujazdowskich.

Ta informacja z kolei brzmi tak, jak gdyby na co dzień do tych księgarni i restauracji waliły tłumy, jak gdyby odcięcie tej rzeszy wygłodzonych było porównywalne z przerwą w dostawie wody, gazu, prądu.

9.    Jeśli przyjeżdżają do Ciebie goście z innego miasta, nie proponuj im spaceru po Łazienkach. Od 11.00 park będzie zamknięty. Dyrekcja z przerażeniem wspomina poprzednie manifestacje, po których Łazienki zamieniały się w zadeptaną publiczną toaletę.

Znakomita pointa dla poradnika na czas katastrofy. Nie wiadomo tylko, czy to starannie przemyślana kropka nad „i”, czy po prostu tak wyszło. Suchej informacji (park będzie zamknięty) towarzyszy elegancka podpowiedź jak kojarzyć tych demonstrantów: nawet Łazienki zadepczą i zbezczeszczą. Oczywiście, redakcja nic na to nie poradzi, że odtąd Czytelnikowi demonstracja może się kojarzyć po prostu ze smrodem kloacznym.

Finezja takiej formy dyskredytacji jak odstraszanie polega na tym, że właściwy zamysł i wymowa działania podczepione są pod rzetelną, poniekąd, społecznie użyteczną informację i poradnictwo jak najbardziej zgodne ze społeczną misją dodatku — przewodnika po mieście. Intencja zdyskwalifikowania strony przeciwnej, i to na zasadzie tendencyjności, jest dobrze ukryta pod pretekstem, któremu nic zarzucić nie można. Natomiast efekt w postaci odwrócenia uwagi, zapobieżenia zainteresowaniu czymś niepożądanym, dystansu, przeciwstawienia pretendenta i niedoszłych widzów, słuchaczy jest ekwiwalentem efektów typowej dyskredytacji. I efekt ten osiąga się bez kłopotliwego i zawsze ryzykownego wystąpienia w roli strony sporu.



Powyższy fragment pochodzi z książki Mirosława Karwata „O złośliwej dyskredytacji” (Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007). Wszelkie skróty i uzupełnienia za zgodą Wydawcy.

 

Dodaj swój komentarz

Imię:
Temat:
Komentarz: